O słuchaniu muzyki

Spis treści

Wstęp
Czy przeciętny zjadacz muzycznego chleba potrafi usłyszeć różnicę między muzyką graną na sprzęcie za 1000 i za 10 000 zł?
Jak słucha muzyki audiofil?
Czy warto kupować drogi sprzęt do słuchania muzyki – przecież to tyle pieniędzy?
Czy format zapisu stosowany na płytach CD jest wystarczający?
Trochę danych technicznych o nowych (i starych) formatach zapisu dźwięku
Jak kupować sprzęt audio?
Mój głos w sprawie ochrony praw autorskich i własności intelektualnej

 Odnośniki do stron www i wydawnictw zajmujących się sprzętem audio (w budowie).

Wstęp

Postanowiłem napisać ten artykulik, aby wtrącić swoje 3 grosze do kwestii wartości sprzętu audio, wojny standardów zapisu oraz odbioru muzyki przez różnego autoramentu słuchaczy.

- Po co?
Bo ciągle słyszę rozmaite mniej lub bardziej autorytatywne wypowiedzi osób, które po pierwsze nigdy nie spróbowały, po drugie spróbować nie chcą, a po trzecie i tak nie wiedzą jak się do tego zabrać... Więc piszę – tak jak czuję, jak uważam, jak tego doświadczyłem i przekonałem się. 

Chciałbym zająć się m.in. odpowiedzią na takie pytania – problemy:

  1. czy przeciętny zjadacz „melomańskiego chleba” potrafi usłyszeć różnicę między dźwiękiem z wieży za 600 zł, a 6 tys. zł?
  2. co odróżnia słuchanie muzyki przez audiofila, a przeciętnego bywalca dyskoteki
  3. na co warto zwrócić uwagę przy zakupie sprzętu audio.
Najpierw może wypadałoby wyjaśnić:

dlaczego właśnie ja piszę ten artykuł?

– czy może uważam się za wybitnego znawcę sprzętu audio i muzyki w ogóle? – raczej tego bym nie powiedział.

Jednak wydaje mi się, że znam odpowiedź na wiele pytań związanych z kupowaniem i użytkowaniem sprzętu audio oraz słuchaniem muzyki – doradzałem w tym znajomym, czytałem to i owo. Faktem jest też, że osoby mnie znające w większości dość cenią sobie zdanie które na ten temat reprezentuję - choć ja sam nie uważam się za jakoś wybitnie uzdolnionego do słuchania, a raczej różnię się tym, że sprawą się rzeczywiście zainteresowałem i popróbowałem – w końcu inni też by mogli, ale najczęściej „nie mają czasu”. Bo tak naprawdę to wystarczy „po prostu uważnie wysłuchać”, wypróbować jak grają różne płyty, różne wzmacniacze i różne odtwarzacze – reszta przyjdzie sama jako wynik.

Może więc najpierw rozważę problemy numer 1 i 2:

Czy przeciętny zjadacz muzycznego chleba potrafi usłyszeć różnicę między muzyką graną na sprzęcie za 1000 i za
10 000 zł?

Czy nie jest czasem tak, że dowolna wieża markowa np. Philipsa za 1000 zł gra prawie tak samo dobrze?

- otóż nie gra tak samo dobrze! Twierdzę z całą odpowiedzialnością, że 99% zdrowych ludzi jest w stanie zauważyć wyraźną różnicę. Ta różnica to m.in.:

nie przesłanianie (maskowanie) jednych dźwięków (instrumentów) przez inne
bezproblemowe odtwarzanie głośnych fragmentów utworu
ale jednocześnie to także zdolność do czytelnego odtworzenia fragmentów cichych
bezproblemowe odtwarzanie dźwięków trudnych dynamicznie – np. perkusja, nisko schodzące basy, czy niuanse tonów wysokich
to umiejętność oddania tła sceny dźwiękowej, planów tej sceny - dobry sprzęt i dobra płyta pozwalają na określenie uchem ile metrów dzieliło saksofonistę od grającego nieopodal fortepianu...
i tak oczywiste elementy jak poziom szumów, czy innych zniekształceń dźwięku

Po czym poznać, czy aktualnie posiadany sprzęt spełnia pewne minimalne warunki słuchania muzyki?

Ja proponuję tutaj test, który nazywam "testem korektora graficznego". Jest on bardzo prosty. W większości zestawów do odtwarzania muzyki znajdują się regulatory do ustawiania barwy dźwięku - najczęściej umożliwiają one dodawanie i odejmowanie wysokich i niskich tonów. Jeśli zazwyczaj regulatory są ustawione na zero i wtedy muzyka brzmi dobrze, to mamy do czynienia z "przynajmniej jako tako" dobrym sprzętem. Jeśli zaś do do dobrego usłyszenia muzyki trzeba tymi regulatorami kręcić i coś dodawać, bądź ujmować, to warto byłoby wymienić przynajmniej jeden element zestawu - może kolumny, może wzmacniacz, może odtwarzacz, choć być może wszystko. Kto nie wierzy niech sam sprawdzi - to działa! - na dobrym sprzęcie wszystko świetnie słychać bez "dopalania" i każde przesunięcie regulatorów od zera, zazwyczaj tylko psuje muzykę.

Nawet wiedząc, że nasz sprzęt grający nie jest rewelacyjny, zadamy sobie pytanie:
czy opłaca się wydawać fortunę na zabawkę służącą tylko do słuchania muzyki?
W szczególności jeżeli komuś muzyka służy jako tło do codziennych zajęć, lub pomasowania wnętrzności na domowej imprezce, to raczej nie ma sensu aby interesował się drogim sprzętem audiofilskim. Bo to co jest kluczowe w tej sytuacji to kwestia jak (!) się słucha muzyki.

Faktem jest, że zaawansowany meloman, czy audiofil słucha zupełnie inaczej niż osoba zajęta czynnościami domowymi kiedy radio po prostu sobie gra.

Poza tym muzyka odtwarzana w pełni swojej jakości może być bardziej męcząca (!!!).
Tak - to jest prawda, podobnie jak oglądanie przez wiele godzin tekstu na monitorze czarno białym jest zazwyczaj mniej męczące niż w kolorach. Dlaczego? - to proste: dobra muzyka i dobry sprzęt do jej odtwarzania produkuje więcej informacji do przetworzenia przez mózg. A jeśli kogoś te zaawansowane informacje nie interesują, bo potrzebne jest mu tło do codziennych zajęć, to będzie się tylko męczył, gdy jego komórki nerwowe zostaną zmuszone do zajmowania się niepotrzebnymi bodźcami.
Ja np. zrobiłem kiedyś taki test moim dzieciom (wiek ok. 10 lat) - skompresowałem jeden utwór muzyczny do formatu mp3 (a może wma - dokładnie nie pamiętam) i puszczałem go na przemian z oryginałem z CD. Pytanie brzmiało: która muzyka bardziej się wam podoba?
Z zaskoczeniem dowiedziałem się, ze muzyka zubożona kompresją była przez moich chłopaków odbierana jako ładniejsza.
Bo faktycznie - muzyka skompresowana jest łatwiejsza w odbiorze - ma mniej trudnych dźwięków, jest bardziej stonowana. Więc jeśli ktoś ma małe ambicje muzyczne, jeśli nie zachwyca go pełne brzmienie instrumentów, to bez sensu jest, aby wydawał pieniądze na coś, co tylko popsuje mu odbiór muzyki. W szczególności nie ma sensu inwestowania w lepszy sprzęt w przypadku osoby , która już aktualnie zubaża swoje wrażenia odsłuchowe ustawiając oba regulatory barwy na minimum.

Jak słucha muzyki audiofil?

Po pierwsze np. relatywnie znacznie mniej uwagi zwraca na treść słów piosenek, a więcej na brzmienie głosu wokalisty
wysłuchuje szczegóły barw brzmienia instrumentów
stara się wychwycić uchem najrozmaitsze „smaczki” sceny dźwiękowej – ledwo słyszalne zafalowania trąbki, subtelne wtórowanie talerzy perkusji (takie których na „zwykłej” wieży w ogóle jest niesłyszalne)
dokładniej śledzi położenie instrumentów na scenie dźwiękowej, zachwyca się niuansami odbioru przestrzennego
wczuwa się w wybrzmiewanie tonów (jak długo będzie jeszcze słychać dźwięk tego uderzonego talerza?...)
porównuje barwy różnych instrumentów (niekiedy samym uchem potrafi np. rozpoznać który skrzypek gra na „Stradivariusie”, a które na „Guadaninim”, czy „Guarnerim”)
słucha zazwyczaj ze znacznie większym zaangażowaniem - bo żeby to wszystko o czym napisałem wyżej dobrze wychwycić, potrzeba sporej koncentracji umysłu. Ale to jest właśnie cała frajda!
jednocześnie znacznie mniejsze znaczenie ma często w tym wszystkim sama główna linia melodyczna, tekst piosenki, czy fakt grania pobudzająco – rytmicznego.

 Ja osobiście byłem mocno zdziwiony, gdy po przejściu na słuchanie za pomocą lepszego sprzętu odkryłem w dość dobrze znanym mi wcześniej utworze rzeczy całkiem nowe - dodatkowe instrumenty, lepszą precyzję brzmienia tych wcześniej słyszanych, a nawet (wierzcie lub nie, ale takie odniosłem wrażenie) dało się usłyszeć wyraźne kiwanie się w lewo i prawo skrzypka wykonującego swoją partię w "Porach roku" Vivaldiego.

W sumie audiofilskie słuchanie to takie zagłębianie się w przestrzeń dźwiękową ze wszystkimi jej szczegółami, „smaczkami”, to precyzyjne rozróżnianie tego co na pierwszym planie, a co na drugim, czy trzecim, to „żeglowanie” po oceanie dźwięków i wrażeń. Tym jest właśnie zabawa audiofila – taka wirtualna podróż po przestrzeniach dźwięków i uczuć z nimi związanych – podróż zaproponowana nam przez artystów. Dobry artysta - muzyk przekazuje w swojej twórczości świadomie coś znacznie więcej niż tylko melodię (i ew. słowa). Czasami zawieszenie w ciszy jakiegoś dźwięku znamionuje namysł, refleksję, czasami ledwo słyszalne zafalowanie melodii przekazuje większy ładunek niepewności, czasami cisza wybrzmiewania dźwięków staje się w jakiś sposób znacząca, a nagły zgrzyt w wydobytego akordu krzyczy do nas o uwagę. Zagłębienie się w te niuanse, to odkrycie muzyki na nowo, to poznanie świata, w którym się jeszcze nie było...

A faktem niestety jest, że opisana zabawa ta jest niedostępna dla posiadaczy popularnego sprzętu audio. Wieża za 1000 zł odtworzy główną linię melodyczną, trochę barwy instrumentów, pozwoli zrozumieć tekst piosenki. Jednak wielkim zaskoczeniem dla większości mniej doświadczonych melomanów jest przesłuchanie dobrze znanej, ulubionej płyty na naprawdę dobrym sprzęcie – nagle okazuje się: że tu jeszcze jest jedna sekcja perkusji, że w tle ktoś po cichu wtóruje głównemu wokaliście, i w ogóle, że wszystko brzmi jakby inaczej: pełniej, soczyściej. To co napisałem w poprzednim zdaniu tyczy się jednak tylko dobrych wykonań. Bardzo często okazuje się, że pewne utwory tracą na zbyt dokładnym słuchaniu – precyzja sprzętu audiofilskiego bezlitośnie obnaża niedoróbki - często, ni stąd ni zowąd, zauważymy że w rzeczywistości wokal jest z lekka przepity, gitarzysta gubi się w trudniejszych solówkach, a nie tak znowu rzadko da się zauważyć fałszowane nuty.

Drążmy jednak to pytanie zasadnicze:

Czy warto kupować drogi sprzęt do słuchania muzyki – przecież to tyle pieniędzy?

Oczywiście jeżeli ktoś rzeczywiście tych pieniędzy nie ma, to problem już jest rozwiązany – bo się bez nich sprzętu nie kupi (nie wspominam o "uczciwych inaczej"); choć przy małej „kasie” można się ratować sprzętem używanym. Jeśli nie lubi słuchać muzyki, to chyba też nie ma sensu, aby wydawał kasę na niepotrzebny w domu klamot (no... wyjątkiem są osoby o podejściu snobowania się, ale też proponowałbym bardziej zakupienie samej atrakcyjnej płyty czołowej...). Jednak wiele osób mówiących, że na droższy sprzęt „nie ma pieniędzy”, jeździ dobrym samochodem, odbywa wycieczki zagraniczne, kupuje drogie ubrania, czy też konsumuje spore ilości trunków i innych lepszych potraw. W tym ostatnim przypadku powinni sobie powiedzieć prawdę - że po prostu nie mają ochoty wydawać na muzykę, a pieniądze przeznaczają na inne cele. I pewnie dobrze, bo to jest właśnie wolność kupowania tego co się chce.

Ale czy audiofile nie są snobami? – pewnie część z nich jest, jednak twierdzenie, że prawie wszyscy słuchający muzyki na wyższym poziomie robią to przede wszystkim na pokaz, świadczy wyłącznie o braku rozeznania w sprawie.

Ja dla własnego użytku dzielę sprzęt audio na trzy główne grupy:

  1. sprzęt na którym słychać że grają - ceny sklepowe  - kilkadziesiąt, do kilkuset złotych. Trochę też da się usłyszeć na nim co grają, tzn. np. rozróżnić muzykę symfoniczną od popowej...
  2. sprzęt na którym słychać jak grają - zaczyna się gdzieś w granicach 1000 zł, choć jest przy tej dolnej granicy jest to dość marne "jak". Faktem jest, że da się już usłyszeć pewną różnicę między dobrą, a słabą orkiestrą.
  3. sprzęt na którym, oprócz tego co  i jak grają, można się dowiedzieć na czym grają, jak się ustawili w przestrzeni, jaką mieli ochotę do grania i śpiewania i wiele innych ciekawych rzeczy. Niestety, sprzęt do takiego wysłuchiwania kupuje się za przynajmniej kilka (lepiej kilkanaście) tysięcy złotych.

A jeśli nie ma kasy, a chciałoby się dobrze posłuchać muzyki?

Ja proponowałbym nabycie lepszego taniego zestawu wieżowego (nawet najwyższej klasy "jamnika" z CD-playerem) i koniecznie dobrych słuchawek. W "miarę dobre" słuchawki zaczynają się przynajmniej od 200 zł, "dobre" kosztują ok. 600 zł, a rzeczywiście dobre przynajmniej ok. 1000 zł. Jednak można zacząć od w miarę dobrych co spowoduje, że da się na nich usłyszeć muzykę, za którą trzeba by zapłacić w "modelu głośnikowym" gdzieś ze trzy razy drożej (myślę tu o porównywaniu pełnych zestawów: CD player + wzmacniacz +  kolumny). Ja osobiście, używam słuchawek firmy Koss (z klasy "w miarę dobrej" czyli za ok. 200 zł); "lubią" one basy (co jest raz wadą, raz zaletą...) i dość "chętnie" grają. Faktem jest, że nie są tak kulturalne i precyzyjne jak sprzęt lepszej klasy, dlatego aktualnie marzę przynajmniej o "Senheiserach" począwszy od modelu 690. Za to moje Koss-y mają tę zaletę, że są to słuchawki zawieszane na uszach - bardzo lekkie i wygodne, nie uciskające i nie "pocące" skóry (to w przypadku słuchawek jest naprawdę ważne, bo nawet lekki ucisk uszu po dwóch godzinach nieprzerwanego znoszenia go, staje się torturą...).

Czy format zapisu stosowany na płytach CD jest wystarczający?

Ostatnio (tzn. już kilka lat temu) pojawiły się na rynku dwa nowe standardy audiofilskiego zapisu dźwięku:
SACD (Super Audio CD) promowany głównie przez SONY i Philipsa (choć nie tylko)
DVD-Audio - standard wspierany przez Panasonica - Technicsa, Pioneera, JVC, Onkyo i parę innych firm

Pytanie zasadnicze brzmi:

A po co w ogóle coś lepszego? - przecież dobry stary CD, znany od ponad 20 lat sprawuje się świetnie i zapewnia "idealną" jakość dźwięku?...

Przyznam, że ja osobiście nie miałem wielu kontaktów słuchowych z nowymi standardami i, w związku z tym nie będę tu rozpisywał się o własnych odczuciach ze słuchania, które mógłbym streścić w takim określeniu:
Różnica w jakości dźwięku jest, ale jest to różnica SUBTELNA.

Oczywiście teraz każdy może się spierać jak bardzo on tę różnicę słyszy, wyczuwa, uważa. Dla jednych będzie to różnica istotna, dla innych pewnie nie.

Dlatego raczej chciałbym naświetlić rzecz teoretycznie, czyli dlaczego, mimo dotychczasowych zapewnień o doskonałości standardu CD, jest jeszcze co nieco do poprawienia.

Próbkowanie dźwięku

Cyfrowy zapis dźwięku opiera się na procedurze zwanej próbkowaniem. Próbkowanie, to nic innego, tylko odczytywanie poziomu sygnału akustycznego w danej chwili i zapisywanie jako liczby.

Oczywiście, prawie zawsze liczba ta jest zapisywana w formacie dwójkowym.

Ponieważ sygnał akustyczny robi w trakcie swojego życia różne "wygibasy", więc zapis jest tym lepszy, im dokładniej (częściej, więcej razy na sekundę) zostanie spróbkowany. W przypadku płyty CD próbkowanie odbywa się 44100 razy na sekundę.

Jeżeli przyjrzymy się jakby pod "mikroskopem" operacji próbkowania, to okaże się, że dla bardzo szybkozmiennych sygnałów zapis nie jest już zbyt dokładny.

Na wykresie widać, że kolejne punktu próbkowania już powodują, że zapisana krzywa nie będzie gładka, tylko kanciasta.

W szczególności, gdy próbkowanie jest bardzo rzadkie, to może się okazać, że zapisany cyfrowo sygnał (linia brązowa) jest całkowicie inny od sygnału źródłowego (linia niebieska). Na rysunku powyżej widać, że zapisano pojedynczą "górkę", a źródłowy sygnał, obejmował zarówno dodatnie, jak i ujemne obszary wykresu.

Dlatego zasadą jest, że im gęściej zapisywany jest sygnał (czyli im większa jest częstotliwość próbkowania), tym dokładniej opisze on brzmienie muzyki. W teorii przyjmuje się, że najwyższa zapisywana częstotliwość jest równa połowie częstotliwości próbkowania (tzw. kryterium Nyquist-a). Można to prześledzić na przykładzie sygnału o kształcie sinusa - widać, że można to w miare dobrze zrobić zrobić zapisując jego skrajne wychylenia. Otrzymamy kanciasty (piłokształtny) sygnał, który z grubsza przypomina zapisywanego sinusa.

Jednak, jeżeli punkty próbkowanie wypadną w miejscach przecięcia z osią X-ów?

- wtedy zapewne sygnał nam zniknie!

Jeśli zaś punkty rozłożą się jeszcze inaczej, to otrzymamy jakiś taki mocno "pokiereszowany" przebieg.

W szczególności na rysunku niżej widać, że z samego faktu próbkowania sinusa "pojawiły się" jakby dwa przebiegi w sygnale - jeden o małej, drugi o większej amplitudzie "wmiksowane" w siebie.

 

Jakiego dźwięku dopatrzy się ucho z sygnału (niebieskiego) spróbkowanego jak poniżej? Czy elektronika odtwarzacza w ogóle "zorientuje się" że to był sinus? - bo rozkład zapisanych liczb mógł równie dobrze odpowiadać innemu sygnałowi (prawdziwe dźwięki bardzo rzadko są dokładnym sinusem, więc prawie wszystkie możliwości są tu dozwolone).

Człowiek słyszy sygnały akustyczne o częstotliwościach dochodzących w porywach do 20 KHz, więc teoretycznie zapis z próbkowaniem do 44,1 kHz, mogący zapisywać dźwięki do 22 kHz powinien wystarczyć (jest nawet 2 kHz zapasu). Jednak jaki to jest zapis tych wyższych częstotliwości! - nie zapisuje się kształt sygnału, a jedynie jego wystąpienie (w sprzyjających warunkach próbkowania), poza tym dochodzi do niekorzystnego zjawiska aliassingu - czyli generowania przez sam sposób zapisu nowych, nieistniejących w oryginale dźwięków (przykład - patrz wykres na początku tej części artykułu - co prawda sinus zapisywany przy tej częstotliwości próbkowania będzie niesłyszalny, ale jego nieadekwatne zniekształcenie spowodowane zapisem - już tak!). Efekt powyższy może spowodować, że po zapisaniu sinusoidalnego dźwięku np. 18 kHz, usłyszymy w głośniku dźwięk zależny od różnicy tych 18 KHz i połowy częstotliwości próbkowania 22 kHz. Tak 4 hercowy dźwięk będzie o wiele lepiej słyszalny niż źródłowy 18 kilohercowy.

Ostatecznie, mamy taką sytuację, że tylko z racji zapisywania dźwięku przy odtwarzaniu powstaje wiele nieprzyjemnych zniekształceń:
pojawiają się tony, których w sygnale źródłowym w ogóle nie było (zjawisko aliassingu)
znikają tony, które były
powstają tzw. szumy próbkowania.

Część z tych efektów da się co prawda złagodzić - np. poprzez ograniczenie zapisywanego pasma częstotliwości, czy wyrafinowane metody antyaliassingowe stosowane podczas zapisu. Poza tym układy scalone stosowane w odtwarzaczach CD wyraźnie poprawiają efekt końcowy eliminując niektóre powstające szumy i typowe zniekształcenia. Jednak oczywiście nie wszystkie, zaś wprowadzane techniki mają negatywne skutki uboczne, co objawia się zubażaniem odtwarzanej muzyki. Przecież żaden układ elektroniczny nie "wie" jak naprawdę powinna wyglądać muzyka zapisana w zubożony przez ograniczone próbkowanie sposób i tylko "domyśla" się jej na podstawie niepełnych danych.

Wszystko to razem powoduje, że wytrawny audiofil, doszukujący się w dźwięku szczegółów i niuansów zauważy wyraźną różnicę między dźwiękiem klasy CD, a muzyką zapisywaną za pomocą nowych formatów zapisu (oczywiście nie na standardowej wieży stereo z promocji w supermarkecie, bo wymagane jest posiadanie nie tylko odtwarzacza nowej generacji, ale także naprawdę dobrego wzmacniacza i kolumn). Toteż większość wyrobionych słuchaczy odczuwa przesiadkę z powrotem na standard CD jako wyraźne spłycenie odbioru muzyki.

Trochę danych technicznych o nowych (i starych) formatach zapisu dźwięku

Stare dobre CD-Audio polega na zapisywaniu dźwięku z 16 bitową głębokością i częstotliwością próbkowania 44,1 kHz. Oznacza to, że kształt sygnału akustycznego jest co jedną 44100 sekundy zapisywany w formie liczby (tzw. PCM). Z 16 bitów tej liczby, jeden bit musi być przeznaczony na znak (plus czy minus), dlatego wysokość sygnału w tym zapisie waha się od wartości 0 do plus minus 215 = 32768. Stąd wynika, że dynamika (odstęp pomiędzy najcichszym i najgłośniejszym zapisanym sygnałem) wynosi tu około 90 dB (bo 20· log 32768 = 90,3). Oczywiście na ogólną dynamikę nakłada się dodatkowo dynamika wzmacniacza, kolumn itd., więc powyższe liczby są "teoretyczne". Wg kryterium Nyquist'a CD Audio powinno zapisywać sygnały do 22 kHz. Jednak z powodów opisanych wyżej, należy tę granicę traktować dość ostrożnie - wiele zależy od jakości nagrania, sporo od sprzętu, a idealnego zapisu dźwięków o wyższych częstotliwościach raczej nie należy się spodziewać.

Nowe formaty zapisu

DVD Audio to format podobny do znanego nam z CD (też PCM), tylko znacznie dokładniejszy (stary sposób zapisu CD jest też dostępny jako jedna z opcji) - zapisuje jednak stan sygnału nawet do prawie 5 razy gęściej (najwyższa częstotliwość próbkowania wynosi tu 192 kHz) i do tego ze znacznie większą, bo 24 bitową precyzją. 
Format ten to właściwie nie jeden sposób zapisku dźwięku, lecz ich zbiór, z którego twórcy mogą wybrać jedną z opcji:
    głębokość bitowa: 12, 16, 20 lub 24
    częstotliwość próbkowania 44,1 kHz,  88.2 kHz, 176.4 kHz, 48 KHz, 96kHz, 192 kHz
    ilość kanałów głośnikowych - do 6 (dwa przednie, dwa tylnie, przedni środkowy i subwoofer).
Ponieważ różne opcje bitowe i próbkowania można układać wielu kombinacjach, to otrzymujemy całą gamę sposobów zapisu różniących się jakością i efektami przestrzennymi (ale nie w dowolnych, bo niemożliwe jest np. 6 kanałowe zapisani dźwięku 192 kHz z racji na ograniczenia pasma przesyłowego) 
Efektem końcowym poprawy sposobu zapisu jest znacznie lepsza jakość - dostrzegana szczególnie w przypadku słuchania jazzu i muzyki klasycznej. W opcji najbardziej audiofilskiej DVD Audio zapisuje dźwięk próbkowany z częstotliwością 192 kHz w dwóch kanałach (tylko klasyczne stereo) z głębokością 24 bitów. Dla mniejszych częstotliwości próbkowania (np. 96 kHz) dostępna jest większa liczba kanałów, można też zrezygnować z zapisu 24 bitowego na korzyść 16 lub 20 bitów. Przy dźwięku pięciokanałowym, zapisanym w 96 KHz, nieskompresowane dane nie zmieściłyby się w paśmie założonym dla standardu DVD (a poza tym zajęłyby zbyt dużo miejsca na płycie) - w tych przypadkach stosuje się kompresję (także kompresję stratną).
Standard DVDAudio wspierają takie m.in. firmy jak: Panasonic - Technics, JVC, Pioneer, Onkyo, Yamahę, LG (a ostatnio nawet Marantza, pierwotnie promującego wyłącznie konkurencyjny SACD).

SACD (Super Audio CD) nie operuje takimi parametrami jak częstotliwość próbkowania, czy głębokość bitowa, ponieważ opiera się na zupełnie innej zasadzie zapisu. Z grubsza polega ona na tym, że procesor, pracując z dużą częstotliwością wynoszącą 2 822 400 Hz zapisuje  muzykę 1 - bitowo (a nie w 16 bitach, jak to jest dla zwykłego CD, czy nawet w 24 bitach - w przypadku DVD Audio). Zaletą powyższego standardu jest także możliwość tworzenia płyty hybrydowych - nadających się do odtwarzania w standardowych odtwarzaczach CD oraz, ze znacznie wyższą jakością, w urządzeniach nowego standardu.
Nowsze odmiany płyt SACD oferują dźwięk wielokanałowy, choć pierwotna audiofilska wersja obsługiwała wyłącznie tradycyjne stereo.
SACD jest wspierany przez firmy Philips i Sony wraz z Aiwa (Aiwa została we wrześniu 2002 wchłonięta przez Sony), Marantza,  Pioneera (który produkuje odtwarzacze do wszystkiego - DVDAudio & video, i SACD).

Grupa formatów kompresowalnych
Sposobem na lepsze wykorzystanie pamięci i pasma przesyłowego dla danych jest kompresja (czyli komputerowe spakowanie danych). Do zapisu muzyki stosuje się ją ostatnio coraz częściej. Większość aktualnie stosowanych metod kompresji, to tzw. kompresja stratna, czyli zapisywanie dźwięku w wersji nieco zubożonej w stosunku do oryginału, jednak pozwalającej na zapis 10 - 20 razy bardziej "oszczędny".. Oczywiście chodzi o to, aby w wyniku kompresji usuwać z muzyki tylko te informacje, których i tak byśmy nie usłyszeli (albo "prawie" nie usłyszeli). Można tak zrobić, ponieważ ludzkie ucho i tak wielu elementów dźwięku nie zarejestruje -  bo np. głośne tony maskują ciche, bardzo ciche fragmenty mogą być w ogóle nie słyszalne itp. W formatach tych dodatkowo stosuje się różne metody kompresji bezstratnej.
Do stratnych formatów zapisu dźwięku należą: mp3, a ostatnio MP3PRO (wprowadzone przez Instytut Fraunhoffera), ATRAC (wspierane przez SONY w minidyskach), WMA (Windows Media - to oczywiście standard Microsoftu), "wolny" standard o nazwie OGG Vorbis. Mniej znane ostatnio są AC3, VQF (wspierany w swoim czasie przez Yamahę). Jakość tak spakowanej muzyki jest zazwyczaj dla przeciętnego słuchacza równa tej zapisanej na płytach CD. Wyjątkiem są pliki silnie skompresowane oraz bardzo wymagająca muzyka w rodzaju: wyrafinowany jazz z dużą ilością instrumentów perkusyjnych i muzyka symfoniczna. Zazwyczaj dobrze brzmi w tych formatach muzyka popowa i rockowa (ten mniej zaawansowany rock) oraz techno.
Stosując słabą kompresję (co objawia się niestety wzrostem objętości pliku) można uzyskać bardzo dobre brzmienie muzyki tak zapisanej, choć jak do tej pory nie słyszałem o w pełni audiofilskim formacie tego typu. Faktem jest natomiast, że jakość dźwięku zapisanego na minidyskach (format ATRAC) jest uważana jest nawet przez audiofilów za bardzo dobrą, podobnie niskie kompresje plików mp3 (rzędu 256 kbps), czy WMA (rzędu 160 kbps i więcej) dają w większości przypadków doskonałe rezultaty.
Nie zdziwiłbym się nawet, gdyby formaty kompresowalne w pewnych sytuacjach okazały się lepsze niż stare dobre CD Audio. Aby tak się stało, trzeba by jako źródło sygnału do kompresji użyć dane o większej niż 44,1kHz częstotliwości próbkowania oraz więcej niż 16 bitowej głębokości bitowej. Przy niskiej kompresji takiego sygnału źródłowego wysokiej jakości (czyli np. bezpośrednio z mikrofonu lub z płyt SACD czy DVDAudio, ale nie z płyty CD) okazałoby się, że zysk wynikający z faktu istnienia lepszego materiału wyjściowego jest większy niż strata związana z kompresją. Faktem jest jednak, że np. format mp3 w aktualnej jego postaci kompresuje wyłącznie dane zapisane z częstotliwości 44,1KHz (lub mniej).

Co jest lepsze DVD Audio, czy SACD?

Szczerze? - nie wiem.

Jak się zapoznam na dobre słuchowo z tymi standardami to napiszę. Jak do tej pory większość dochodzących mnie głosów wydaje się być mało obiektywnych, bo zwolennicy DVD Audio krzyczą, że jest to najlepszy standard, a z kolei fani SACD optują za swoją wersją. Słyszałem co prawda, że są pewne istotne teoretyczne ograniczenia tego ostatniego formatu w pewnych sytuacjach, choć przypuszczam, że odnoszą się one do szczególnych typów muzyki. Na razie, bardziej bym się skłaniał do DVD Audio z racji na jego sprawdzony typ zapisu (stare dobre PCM stosowane w tradycyjnych płytach CD, tylko dokładniej zapisane, a nie jakieś wynalazki...) i kompatybilność z DVD Video. Poza tym chyba DVD audio, raczej wygrywa tę wojnę standardów - mamy ostatnio spory wysyp odtwarzaczy DVDAudio i prawie wszystkie ważniejsze firmy wspierają ten format zapisu.

Jedno wydaje mi się jak na razie pewne - w większości przypadków (nawet w zwykłych CD) ciągle raczej jeszcze decyduje jakość samego nagrania - czyli praca reżysera dźwięku, specjalisty od akustyki, wreszcie samego artysty. Na drugim miejscu jest jakość wzmacniacza, odtwarzacza  i kolumn, a dopiero w dalszym rzędzie da się wysłuchać tę nową jakość audiofilskich standardów. Ale jeśli się już ma dobre płyty i dobry sprzęt, to warto byłoby powalczyć o tę kolejną jakość...

Porównanie jakości zapisywanego dźwięku w najbardziej popularnych standardach

Standard zapisu

Jakość

Uwagi

płyta audio CD bardzo dobra

aktualnie wzorcowe źródło dla większości słuchaczy. Audiofile marzą jednak o czymś lepszym...

minidysk
(standard kompresji ATRAC opracowany i rozwijany przez SONY)
bardzo dobra
lub dobra w zależności od stopnia kompresji

jest kilka wersji ATRACa (jest on stale rozwijany) ostatnią wersją jest ATRAC-3, który zapewnia kilka stopni kompresji co powoduje, że jest pewna rozpiętość jakości muzyki zapisanej za pomocą tego standardu. Ogólnie jednak można powiedzieć, że jeżeli nie chcemy zbyt wiele zmieścić na jednym krążku to możemy uzyskać jakość dźwięku praktycznie nie odróżnialną od jakości płyty CD.

mp3 dobra

standard ten opiera się na identycznych zasadach jak ATRAC (i pozostałe kompresowalne formaty). Jednak ponieważ większość klasycznych mp3-jek jest kompresowana przy "bitrejcie" 128 kpbs (dwa razy bardziej upchane dane niż w przypadku tradycyjnego ATRAC-a), to nie otrzymuje się naprawdę wysokiej jakości. Poza tym format mp3 jest optymalizowany właśnie do 128kbps, przez co uzyskanie naprawdę wysokiej jakości dźwięku dla innych bitrate jest nieco utrudnione. Audiofile raczej wystrzegają się mp3-jek; choć jak nie ma lepszego źródła, to może być i to (byle kompresowane przynajmniej na 192 kbps).

WMA, MP3PRO, OGG i inne formaty kompresowalne.

bardzo dobra, lub dobra (w zależności od stopnia kompresji)

WMA w najnowszych wersjach lepiej kompresuje dane niż mp3.
Podobnie jest z wersją mp3PRO, która stanowi ulepszenie mp3 polegające głównie na zwiększeniu wydajności kodowania dla małych plików. Jak podają doniesienia (ja osobiście tego nie wypróbowałem) mp3 PRO jak i WMA brzmi przy 64 kbps, jak stare mp3 przy 128 kbps. Ogólnie da się w tych formatach muzykę zapisać w jakości nie gorszej niż CD, jednak przy wybraniu opcji silnej kompresji, obserwujemy wyraźny spadek jakości dźwięku przy znacznym zmniejszeniu zapotrzebowania na pamięć i pasmo przesyłu.

DVD-audio

SACD
Super Audio CD

doskonała

dla tych standardów absolutnie decydujące stają się pozostałe parametry toru muzycznego - czyli wzmacniacz, kolumny, pomieszczenie odsłuchowe.

Wadą opisanych standardów jest niewielka oferta w nich płyt zapisanych.

Jak kupować sprzęt audio?

1. Zasada pierwsza i najważniejsza:
Słuchając!!!

Niektórzy kupują sprzęt na zasadzie "kupuję Sony", albo "idę kupić wieżę Technicsa", w podobny sposób jak się kupuje proszek do prania. Kompletny idiotyzm! Sony wytwarza sprzęt audio w cenach od 100 do ponad 10 tys. zł i te różnice cenowe naprawdę mają uzasadnienie. Podobnie Technics, Onkyo, Panasonic, Denon, Marantz, B&W, NAD i pozostali. Ten wymarzony dla nas zestaw być może jest wytwarzany przez całkiem nie znaną nam firmę. Bo dobrych wytwórców sprzętu audio jest sporo, a ci najbardziej cenieni przez audiofilów są w większości nieznani sprzedawcom w supermarketach. Poza tym w tej samej grupie cenowej sprzętu istnieją bardzo duże różnice jakości dźwięku. I choć faktem jest, że średnio sprzęt za 2000 zł gra gorzej niż ten za 4000 zł, to lepsze egzemplarze z tańszej grupy, mogą okazać się "wydolniejsze" niż słabsze z tej droższej.
Poza tym jeśli idziemy do sklepu w celu zakupu sprzętu koniecznie weźmy ze sobą DOBRZE ZNANĄ I OSŁUCHANĄ PŁYTĘ (a jeszcze lepiej dwie - trzy, różniące się charakterem). Na osłuchanych utworach widać najlepiej różnice między różnymi zestawami.

2. Zasada druga: nie daj się zwieść dudniącym basom
Basy dobrze się sprzedają, bo słychać je z daleka. Jednak w prawdziwym słuchaniu muzyki nie o to chodzi aby fundować sobie nieustanny masaż wnętrzności - jeśli dudniący hałas zagłusza resztę instrumentów i dominuje nad wszystkim bez względu na rodzaj nagrania, to nie jest wytwarzany przez dobry sprzęt. Dobry bas powinien być z jednej strony sprężysty i wyrazisty, z drugiej chętny do zadziałania gdy go o to proszą (ale tylko wtedy, gdy go poproszą!). Oczywiście, tam "gdzie trzeba" bas powinien "przywalić", ale nie ciągle zagłuszać resztę dźwięków. Takie wszechogarniające Łubudu co chwila, zagłuszające pozostałe dźwięki utworu, to muzyka dla plebsu, a nie wyrobionych słuchaczy.

3. Zasada trzecia: Uwaga na wysokie tony!
- pamiętajmy, że ostro syczące wysokie tony bywają bardzo atrakcyjne jako pierwsze wrażenie, ale po dłuższym słuchaniu spowoduje, że "krew zaczyna płynąć z uszu". Częstym błędem kupujących jest uznanie ostrości dźwięku jako miernika jakości sprzętu. A potem nie będzie się chciało słuchać takiej muzyki, która brzmi jak pocieranie żelazem o szkło. Chyba że ktoś szczególne upodobanie do bardzo ostrego metalu...

4. Zasada czwarta: nie wszystko do wszystkiego pasuje!
Może się zdarzyć, że zestaw brzmi pięknie w studiu sklepowym, a przeniesiony do małego pokoiku - znacznie gorzej. Poza tym sama zmiana kolumn może z teoretycznie marnego sprzętu zrobić całkiem niezłego muzyka. Najlepiej byłoby pożyczyć sobie wypatrzony zestaw do domu, pograć kilka dni i dopiero móc się zdecydować. Z tego co mi wiadomo, część naprawdę dobrych (w tym sensie dobrych, że przyjaznych klientowi i dbających o jego rzeczywistą satysfakcję, a nie tylko "dobrych marką") sklepów umożliwia zapoznanie się ze sprzętem przed zakupem. Niektórzy tego nadużywają, bo próbują w domu, potem oddają wypożyczony sprzęt, a potem idą do supermarketu kupić to samo "bo taniej". Ale to przecież nie fair, poza tym nie jest to liczna grupa nabywców.

7. Zasada piąta: nie ulegać magii liczb!
Kiedyś sprzęt kupowało się prosto - wystarczyło zajrzeć do katalogu i wybrać model co ma dużą moc, szerokie pasmo przenoszenia i niskie szumy. Te trzy liczby były "przepustką" do sukcesu w zakupie.
Niestety, w toku rzetelnych badań okazało się, że taki technicznie prosty model jest złudny. Dwa zestawy muzyczne o niemal identycznych parametrach mogą grać (w odsłuchowym znaczeniu tego słowa) bardzo różnie. Poza tym, jest bardzo wiele norm, które są ze sobą niezgodne, a które produkują podobnie wyglądające liczby znamionujące możliwości aparatury. Najbardziej myląca jest tu np. moc PMPO - moc "muzyczna" w impulsie - oznacza ona najczęściej , że przez jakiś drobny ułamek sekundy przez układ sprzętu da się przepuścić impuls prądowy o mocy xxxx. - jednak absolutnie nie oznacza to, że z tego impulsu powstanie jakikolwiek użyteczny efekt muzyczny... Oczywiście jest tak, że zazwyczaj np. większa moc (ale przynajmniej wg norm DIN, lub RMS) rzeczywiście lepiej świadczy o wzmacniaczu czy kolumnach, ale od tego jednego parametru jeszcze jest daleka droga do decyzji o sensownym zakupie. Ze wszystkich liczbowych norm poleciłbym zwrócić uwagę na poziom zniekształceń nieliniowych (jeśli jest on podawany) - ta dana chyba najlepiej oddaje jakość sprzętu.
Trzeba pamiętać, że odtwarzanie muzyki przez sprzęt audio zależy od bardzo wielu elementów niemierzalnych, lub trudno mierzalnych - różne typy zniekształceń, zdolność do nagłych zmian dynamicznych, odporność na przesterowania itp.

6. Zasada kolejna: kolumny!
Dobre kolumny zrównują dźwięk z kupionej w supermarkecie standardowej wieży za 1000 zł, ze sprzętem za 2500 zł. Oczywiście nie tylko one są ważne, ale są wyjątkowo ważne. Właściwie wszystkim kupującym standardowe zestawy wieżowe polecałbym wymianę kolumn na lepsze, kupione oddzielnie. Zaraz po zakupie! Zazwyczaj kolumny dostarczane do wieżowego sprzętu audio są najsłabszym elementem zestawu. Podobnie jest ze słuchawkami, jakie kupujemy razem z odtwarzaczami przenośnymi. Kto nie spróbuje - nie uwierzy jak duża to jest różnica!

7. Kupowanie dobrego sprzętu audio - to sztuka!
Właściwie, to kiedyś doszedłem do wniosku, że powinny być organizowane... kursy kupowania takiego sprzętu. Tak! Przynajmniej kilkunastogodzinne - z "degustacją" różnego typu muzyki odtwarzanej w różnych warunkach, na różnych zestawach. Z dodatkowymi komentarzami, zwróceniem uwagi na szczegóły, dobraniem właściwych nagrań. Bo pełną satysfakcję z zakupu da się osiągnąć dopiero po idealnym zgraniu wszystkich elementów: upodobań słuchacza, typu muzyki, właściwości kolumn, właściwości wzmacniacza, właściwości odtwarzacza, pomieszczenia odsłuchowego, a na koniec akceptowalnej ceny. Wiele się można nauczyć na ten temat z lektury czasopism - np. "Audio", "Hi-fi", czy ich zachodnich odpowiedników. Stosunkowo mniej użyteczne są katalogi producentów, ale też da się z nich wycisnąć nieco uzupełniającej wiedzy.
Kopalnią wiedzy na temat jest jednak Internet. Są całe listy dyskusyjne zajmujące się różnymi modelami sprzętu audio, można wyszukać niepublikowane dane, katalogi itd. Polecam!

8. Kabelki też są ważne. Kiedyś łączono ze sobą elementy zestawu byle jakimi kabelkami (ważne było, aby przewodziły prąd). Tymczasem okazuje się, że właściwości kabla łączącego wzmacniacz z kolumnami, czy też tzw. interkonecty - kable łączące odtwarzacze ze wzmacniaczem mają kolosalne znaczenie. Kto nie wierzy, niech sprawdzi!

9 I jeszcze jeden problem: Czy bajery są ważne?
Rasowy audiofil powie, że jego interesuje wyłącznie jakość dźwięku, a te wszystkie migające lampki, superpiloty, przyciski, wyświetlacze to tylko "pic" - on nimi gardzi, on jest wyższy ponad takie głupoty. Oczywiście jest to rzecz gustu, i chyba dźwięk to rzeczywiście podstawa, jednak bardzo ortodoksyjne audiofilskie podejście wydaje mi się być nieco przesadzone. Osobiście cenię sobie niektóre dodatki i funkcje dodatkowe sprzętu, ważny też wydaje się wygląd. Np. bardzo użyteczna wydaje mi się funkcja programowania czasu wyłączenia sprzętu (lubię słuchać muzyki przed snem), a wygodny pilot to też miła sprawa. Jednym z głównych powodów dla którego posiadam sprzęt, jaki mam (amplituner ONKYO), był fakt obsługi przez niego źródeł cyfrowych (jest podłączony do komputera dysponującego wyjściem cyfrowym audio), co w audiofilskich modelach było do tej pory rzadkością.
Co prawda jest pewna regułą, że "bardzo audiofilskie" modele są spartańsko wyposażone i brak jest tam wielu "bajerów" (ma to jakoby związek z koniecznością pozbywania się zakłóceń od niepotrzebnych elementów). Najbardziej wyrafinowane modele nie mają nie tylko regulatorów barwy tonów (wysokich i niskich), ale są często pozbawione pilota i wyświetlacza. Jak dla mnie to przesada, bo nie jestem aż tak wyczulony na idealną reprodukcję dźwięku; tym bardziej, że na tym poziomie istotniejsze staje się już to, że pokój mam takiej wielkości - jaką zaprojektowano dla mrówkowców, akustyka otoczenia jest - jaka jest, a ścian nie zamierzam wykładać gąbką i styropianem (dla poprawienia warunków pogłosu w pomieszczeniu), bo spowoduje to konflikt z moją ślubną...

Mój głos w sprawie ochrony praw autorskich i własności intelektualnej

Temat drażliwy, bo znowu chodzi o pieniądze.

Wiadomo - w Internecie jest mnóstwo muzyki dostępnej "za friko" i koncerny muzyczne nie mogą zarobić na swoich prawach do utworów. Nieraz się zastanawiamy: czy słuchając muzyki z mp3 - jek stajemy się złodziejami?

Moim zdaniem są dwa aspekty tej sprawy:

aspekt pierwszy - prawny - dość prosty w podstawowej interpretacji -  trzeba sobie przeczytać ustawę o prawach do posiadania muzyki chronionej prawami autorskimi - wyjdzie nam "czarno na białym", że w Polsce za muzykę, nie udostępnioną przez właściciela do wolnego użytku, trzeba zapłacić, a jak na razie jedyną formą tego aktu było kupienie płyty CD. Kropka.

aspekt drugi - etyczny. Oooooo......... tutaj zaczynają się schody...

Zaczynam aspekt etyczny zupełnie od nowego akapitu, bo sprawa wydaje mi się na tyle złożona, że akapitów tych będzie kilka. W szczególności pojawią się pytania następujące:
- pytania retoryczne w stosunku do koncernów płytowych:

czy etycznym jest wykorzystywać dominującą pozycję rynkową, aby forsować dochody niewspółmierne do ponoszonych kosztów? Czy etycznym jest brać 30 dolarów za płytę, której produkcja kosztuje 30 centów?

czy etycznym jest prowadzić taką politykę wobec artystów dzięki której duża część talentów jest marnowana, a promuje się ewidentną szmirę, jeśli tylko przyniesie ona duże zyski małym kosztem?

czy w ogóle etycznym jest skupianie się w swojej działalności niemal wyłącznie na pieniądzach, w szczególności jeżeli działa się w branży określanej KULTURALNĄ?

dlaczego tak jest, że niewydolny system dystrybucji upośledza mieszkańców oddalonych od centrów muzycznych, a przejście na wyraźnie efektywniejszy jest blokowane ze strachu przed uszczupleniem zysków?...

Bo faktem jest, że niektóre koncerny płytowe dawno zatraciły świadomość swojej misji - dostarczania ludziom kultury. Liczy się pieniądz i nic więcej (no... prawie, bo są tu jednak pewne różnice między koncernami). Może więc dobrze, że są piraci, którzy niosą kulturę muzyczną do krajów i ludzi biedniejszych, dostarczają muzykę tam, gdzie się rekinom "nie opłaca" i gdzie by ona i tak nie dotarła...

Z drugiej jednak strony:

nie posiadanie na twardym dysku ostatniego przeboju Britney nikogo nie przyprawi o śmierć głodową, ani jakikolwiek uszczerbek zdrowia. A jeśli firma wydała kilka milionów na promocję piosenkarki to coś jej się za to chyba należy?....

nikt nikogo do zakupu płyty nie zmusza, można sobie słuchać muzyki z radia

nie powinno być tak, że odbiorca towaru wyznacza cenę jaką chce zapłacić, a jeśli nie, to sobie ów towar bierze, bo za chwilę ktoś powie, że mercedes powinien kosztować 10 zł, a jak nie to zabieram...

fakt, faktem używanie bez pozwolenia czegoś co do nas nie należy, kwalifikuje się jako kradzież

Innym ciekawym aspektem sprawy jest rozdarcie polityki koncernów płytowych - z jednej strony muzyka nie powinna być zbyt dostępna, bo nikt nie będzie jej chciał kupować, skoro można ją sobie wziąć. Z drugiej strony jednak nikt nie kupi muzyki, o której nic nie wie i nie słyszał jej. Więc przyjął się model dostarczania  muzyki "częściowo darmowej" - dystrybuowanej za pomocą rozgłośni radiowych i stacji typu MTV - i takie słuchanie muzyki jest w pełni legalne. Teraz pojawia się problem nagrywania tych audycji - można, czy nie? Jeśli można, to czemu nie miałbym tej zapisanej muzyki dalej posiadać (np. na twardym dysku), jeśli nie można - to do czego służą magnetowidy wyposażone właśnie w funkcję nagrywania? I niby dlaczego nie miałbym obejrzeć i wysłuchać sobie jakiejś audycji z opóźnieniem?

Wytwórnie muzyczne są między młotem a kowadłem - z jednej strony muszą kokietować przyszłych klientów swoją ofertą, z drugiej zaś gromić ich, jeśli nie zechcą zapłacić. Gromią więc również na płaszczyźnie etycznej - że kto nie płaci to złodziej itp...
I pewnie jest to forma złodziejstwa, jednak chciałbym zobaczyć miny speców od marketingu w wytwórniach płytowych gdyby się przekonali, że oczywiście nikt nie słucha muzyki do której nie ma praw, ale jednocześnie cała ta rzesza gromiona za złodziejstwo i piractwo, masowo przerzuca się na wyłącznie wolną muzykę...

I jeszcze jedno - gdy wiem, czuję, że firma oferująca mi towar absolutnie nie próbuje odnieść jego ceny do kosztów wytworzenia, że pogoń za zyskiem jest dla niej najważniejszym motywem działania, to zaczynam myśleć w taki sposób:

jak im zapłacę tyle ile chcą, to później spróbują zażądać nieco więcej
jak znowu im zapłacę, to kolejna partia będzie w jeszcze wyższej cenie...
ostatecznie wylądujemy na płaceniu fortun za towar, którego wyprodukowanie kosztuje grosze.

I myślę sobie: nie wchodzę w to...

Faktem jest, że w takiej dziedzinie jak sztuka, trudno jest zaplanować sobie zyski, a sukces w dużym stopniu zależy od szczęścia. Trzeba więc mieć spory (również finansowy) margines błędu.

Dlatego moja konkluzja jest dość nietypowa - pewnie byłbym superlegalistą, jeśli chodzi o muzyczne prawa autorskie...  
...gdybym tylko miał poważną nadzieję, że przez samych fachowców od marketingu w wytwórniach płytowych nie zostanę uznany za frajera. Bo mam świadomość, ze etyka koncernów płytowych jest z grubsza na poziomie etyki piratów - w obu przypadkach dla pieniędzy zrobi się rzeczy, które trudno uznać za rzeczywiście służące ludziom i rozwojowi kultury muzycznej (choć w przypadku wytwórni płytowych - zgodne z prawem, a w przypadku piratów - niezgodne).

Na koniec jednak chciałbym też oddać sprawiedliwość części wydawców muzyki - wiadomo, że na trudniejszej muzyce (jazz, część muzyki klasycznej) raczej się nie zarabia - zapłacenie orkiestrze składającej się z dobrych 150 muzyków i jej dyrygentowi (godziwej sumy pieniędzy) to już naprawdę duży wydatek. Po doliczeniu kosztów sali, reżysera dźwięku itp. okazać się może, że do części nagrań trzeba dopłacać. A jednak niejednokrotnie wytwórnie dotują mniej kasowych twórców w imię SZTUKI. I takim wytwórniom chwała! Bo ostatecznie mogli by wydawać wyłącznie muzykę prościutką, ale kasową, czyli muzykę, na której się najwięcej zarabia. Dlatego uważam, że za naprawdę dobrą płytę jazzową, czy klasyczną (szczególnie gdy jest zaangażowana duża orkiestra) uczciwie jest zapłacić więcej. A tej marnej - i tak lepiej nie słuchać, więc po co kupować płyty?...

 

Regiony DVD, czyli o swobodzie wyduszania pieniędzy z klientów

To, że wytwórnie płytowe mają "gdzieś" zasady uczciwości i lojalności wobec klientów wychodzi w sposób dość oczywisty za sprawą wprowadzenia regionów DVD. Dla niezorientowanych - jest to specjalna blokada płyt DVD-video, która powoduje, że możliwe jest odtwarzanie płyt tylko na sprzęcie przeznaczonym dla określonego regionu - np. płyta zakupiona w USA z dużym prawdopodobieństwem nie da się normalnie odtworzyć w Europie, zaś płyta z Europy, nie będzie widziana prawidłowo przez większość czytników zakupionych w Ameryce Północnej, lub w Japonii. Chodzi o to, aby dało się płyty w jednych krajach sprzedawać drożej (i w innym czasie) niż w innych Dzięki temu, jeżeli gdzieś jest większa konkurencja i trzeba tam sprzedawać płyty taniej, to nie będzie to wpływać na rynki droższe.

Dla nas - klientów - efektem ostatecznym jest sytuacja, w której np. klient Europejczyk, legalny nabywca płyty DVD zakupionej podczas wycieczki do Nowego Jorku, czy Singapuru przekonuje się, że może ją sobie użyć jako podstawkę pod kufel z piwem, bo odtworzyć się jej normalnie w jego odtwarzaczu nie da. Wytwórnia zabroniła i już...
Ciekawe, że np. podobne praktyki "regionizacyjne" ze sprzedażą konsol Nintendo w Europie doczekały się restrykcji unijnych dla tej firmy. Jednak firmy płytowe mają silniejsze poparcie polityczne (i pieniądze), więc jak do tej pory owe antykonkurencyjne metody działają i nikt nie nakłada za nie restrykcji (sprawiedliwość dla "równiejszych").

Ale przy okazji wprowadzenia regionów DVD pojawia się dość interesujące jest pytanie:

czy ten pomysł z regionami zyskom ze sprzedaży płyt DVD więcej wytwórniom pomógł, czy zaszkodził?

Bo jego istnienie zaowocowało paroma negatywnymi z punktu widzenia wytwórni efektami:

  1. rozwinęło się hakerstwo - dzisiaj właściwie prawie do każdego napędu oferowane są sposoby złamania zabezpieczenia. A wraz z rozwojem w miarę niewinnego hakerstwa "regionalnego", wzrasta też jego znacznie bardziej niebezpieczna wersja - kopiowanie samego materiału umieszczonego na płycie. Poza tym, człowiek który przeszuka wszystkie możliwe źródła związane z łamaniem zabezpieczenia, mimowolnie dowie się również o tym gdzie można zdobyć "tanie" źródła nagrań, lub sposoby ich tworzenia.

  2. sprzedaż płyt jest mniejsza o te egzemplarze, które mogłyby być kupione jako prezent do wysłania za granicę. Ja osobiście ostatnio chyba więcej płyt (co prawda CD, ale zasada jest podobna) kupiłem jako prezent, niż samemu sobie. A z tego co wiem, dużo ludzi traktuje płytę jako standardowy pomysł prezentowy. A więc wytwórnie płytowe strzelają gol do własnej bramki, bo nikt nie wyśle płyty kumplowi za oceanem, jeśli ten nie może jej u siebie odtworzyć...

  3. wolniej rozwija się rynek DVD. Gdyby owo prezentowe kupowanie nie miało ograniczeń, wiele osób dokupiłoby sobie odtwarzacz do przypadkowo dostanej płyty, a potem kupiło płyty następne. Sprzedaż by szybciej rosła. W końcu nie każdy ma jeszcze odtwarzacz, a sporo prezentodawców tak założy.

  4. ludzie nie kupują płyt na wyjazdach do obcego kraju, w którym obowiązuje inny region. A to też nie jest bagatelna sprawa, bo "łatwiej" wydaje się pieniądze na wakacjach i wyjazdach, niż w okolicach domu. A przecież przywiezienie z wycieczki do Stanów najnowszego przeboju DVD byłoby atrakcją dla znajomych, później u siebie można już jej nie chcieć kupić.

  5. zwiększa się niechęć do firm płytowych. Niby to nieważne, ale w debacie o uczciwości związanej z kopiowaniem nagrań dość często jest to decydujący argument: "jak oni są tacy wredni, to ja sobie skopiuję...". Ta w sumie nielojalność wytwórni płytowych względem klientów owocuje podobną nielojalnością tych ostatnich. W sprawach uczciwości wiele rzeczy człowiek "waży" i często by może chciał tak "po Bożemu", choć go kusi. A tu taki argument...

  6. przejście pomiędzy tym co złe, a zabronione robi się płynne - bo wytwórnie blokują odtwarzanie poza wymyślonym przez nich regionem, ale przeciwstawienie się temu nie jest złe, nieetyczne. Jednak z takiej pozycji - "zabronione ale etyczne, więc można to robić" - znacznie bliżej jest już do pozycji - "zabronione i mało mnie obchodzi: dlaczego? - robię tak, bo jest mi to wygodne"

  7. wytwórnie muszą skomplikować swój system dystrybucji. Trzeba płyty robić w wielu wersjach,, osobno oznaczać, dystrybuować. Nie da się wytłoczonych płyt, które "nie poszły" w regionie 1 po prostu przerzucić do regionu 2 itd... Znów wzrost kosztów.

Poza tym skuteczność owych regionów jest mocno dyskusyjna - ci co chcą takie kupione za granicą płyty odtwarzać, mogą to zrobić bardzo łatwo na kilka sposobów - albo kupując drugi odtwarzacz (ich ceny są ostatnio bardzo zachęcające do zakupu, więc dla osoby liczącej na stały dopływ płyt z innego regionu nie będzie to problemem), albo wyszukując metodę na zmuszenie ich odtwarzacza do posłuszeństwa z niesfornym nagraniem (trochę to kłopotliwe, ale możliwe do zrealizowania, bo w Internecie jest sporo opisów jak to zrobić). Pozostali i tak nie kupują płyt za granicą, a już na pewno nie dostaną ich w prezencie, w związku z tym regiony dla nich i tak  nie mają znaczenia. Wydaje mi się, że znacznie ważniejszym elementem hamującym przed kupnem płyty z innego obszaru świata jest sama sieć dystrybucji, która na danym terenie oferuje określone tytuły, przeprowadza ich regionalizację, czuwa nad systemem sprzedaży.

Argument, który kiedyś jeszcze był podnoszony, że: gdy w jednym regionie film jest jeszcze w kinach, a w drugim już na płytach, to te dwie metody sprzedaży będą ze sobą kolidować - też jest właściwie nieaktualny, bo większość znanych mi filmów (przynajmniej w Polsce) pojawia się w kinach w parę tygodni po ich premierze w USA - wtedy i tak nie ma ich na płytach.

Dziwię się tylko jednemu - dlaczego nie słychać o żadnej firmie płytowej, która dobrowolnie zrezygnowała z tej formy utrudnienia odtwarzania i uczyniła to swoim sloganem reklamowych - np. w stylu: "DVD - REGION 0 ONLY " (region 0 może być odtwarzany wszędzie), lub "Tę płytę możesz posłać każdemu na świecie", mogą być niezłym bodźcem do zakupu.

I na koniec o regionach DVD: łamanie kodu regionalnego nie jest żadną nieuczciwością czy przestępstwem - raczej należałoby uznać to za prawidłowe działanie klienta wobec praktyk monopolistycznych firm (jakoś organizacje państwowe są póki co za słabe, aby to zrealizować). Bo jeśli klient legalnie coś kupuje, to ma prawo do prawidłowego użytku danego towaru. I nikt nie może zostać w żaden sposób oskarżony, czy też nie musi czuć się nieuczciwym, jeśli postępuje wbrew wygórowanym ambicjom szarogęszenia się wytwórni filmowych. Z resztą większość odtwarzaczy ma wbudowaną możliwość kilkurazowej zmiany regionu (ale po kilku takich operacjach region zostaje zablokowany na stałe). Ciekawe, że to ostatnia funkcja może być dodatkowym istotnym elementem rozwoju hakerstwa, bo jeśli komuś zablokował się przypadkowo niewłaściwy region, to jedynym sposobem jest wyszukanie właśnie hakera. A wraz z hakerem do łamania regionu pojawią się nowe możliwości łamania zabezpieczeń płytowych.

PS.
Mimo mojej niezbyt wysokiej opinii o etyce koncernów płytowych, osobiście zdecydowanie unikam posiadania utworów muzycznych do których nie mam praw autorskich, choć przyznam, że z braku możliwości dostępu do kilku utworów parę razy skorzystałem z dobrodziejstwa internetowych mp3-jek - niestety, nie udało mi się odnaleźć pewnych wykonań w polskich sklepach płytowych, a w Sieci - owszem - znalazły się...

PS.2
Przy okazji wprowadzania elektronicznych zabezpieczeń do płyt audio wyczytałem kiedyś dość emocjonalnie napisaną argumentację wytwórni płytowych, które oskarżają nieuczciwych klientów (kopiujących płyty) o drastyczny spadek dochodów ze sprzedaży muzyki.
Nie wiem jak to jest z innymi ludźmi, ale mój przykład jest tu chyba też pewnym głosem. Otóż wcale nie kopiuję pirackiej muzyki z Internetu (przynajmniej nie zdarzyło mi się to od dziesiątków miesięcy). Jednak również prawie przestałem kupować płyty (wyjątkiem jest kilka egzemplarzy kupionych w supermarkecie "na wagę"). Słucham muzyki z radia, telewizji, z płyt wcześniej kupionych.
Co jest tego przyczyną? - z jednej strony zapewne moja gorsza kondycja finansowa. Jednak na pewno nie tylko to. Bo był to też i świadomy wybór - podsumowałem sobie koszty zakupu już posiadanej kolekcji płytowej, dodałem fakt, że za dobrą płytę muszę wydać 50 zł, a na dodatek zorientowałem się, że sporo dotychczas kupionych płyt zostało przesłuchanych najwyżej raz. I powiedziałem sobie "dość"! - nie będę wydawał fortuny za coś, co mi zalega półki, czego właściwie mieć nie muszę i z czego korzystam w tak niewielkim stopniu. Po złożeniu tego postanowienia, nawet nie zaglądam do sklepów płytowych, żeby mnie "nie skusiło". Jeśli już coś czasem kupię, to musi być wyjątkowa sposobność.

Bo gdy za płytę, kosztującą w produkcji ok. 1 zł, mam wydać 50 zł, a jeszcze do tego będę miał bardzo ograniczone prawa do jej wykorzystania (bo np. gdybym był fryzjerem, to teoretycznie nie mogę jej wykorzystać do odtworzenia do słuchania przy obsłudze klientów - bo jest to odtwarzanie "publiczne"), to jak za taki "towar" to bardzo drogo! Tak więc płytę za 50 zł mogę kupić raz, dwa razy do roku - jako objaw luksusu - coś w stylu jak wyjazd na wakacje, czy wyjście do restauracji z okazji rocznicy ślubu. Powyższe ceny byłyby może usprawiedliwione w przypadku krótkich serii, gdy muzyk sprzedaje np. 2000 egzemplarzy autorskich - wtedy są to przecież "białe kruki" i można by mówić nawet o cenie 80 - 100 zł. Jednak nie przy masówce. Aktualny poziom cen (szczególnie zważywszy wielkość ich sprzedaży) to muzyka dla bogaczy. I tylko bogacze będą taką muzykę często kupować. A bogaczy jest ostatnio coraz mniej.
Sytuację nabywcy pogarsza dodatkowo fakt, że owe 50 zł trzeba wydać od razu (nikt przecież nie sprzedaje płyt na raty). Gdyby można było utwór przed chwilą usłyszany w radiu zamówić np. za dolara i dostać za godzinę mailem (czy jakoś...) to zapewne wiele osób zdecydowałoby się taki drobny wydatek. Jednak gdy za te same na raz wyłożone 50 zł można z drugiej strony kupić: mikser, albo wiertarkę, kurtkę, dobrą koszulę, drogą książkę, czy można się wyżywić przez dwa tygodnie (skromnie, bo skromnie, ale jednak..) - to raczej niewiele standardowo zarabiających osób się zdecyduje.

Linki

Na razie lista jest dość niekompletna, ale postaram się ją uzupełnić:

Polskie pisma zajmujące się sprzętem muzycznym:

Kino Domowe (wydawnictwo IDG) http://www.dvd.idg.pl

HiFi: http://www.hi-fi.com.pl

Audio - http://www.audio.com.pl

Audio Video - http://www.sat-av.com.pl/

Producenci sprzętu audio

Wersja obcojęzyczna witryny Wersja polska
Sony: http://www.sony.com http://www.sony.com.pl
Onkyo: http://www.onkyousa.com/

ONKYO Web, About Onkyo

 
LG: http://www.lge.com, LG Electronics Home  
Marantz: http://www.marantz.com/  
Philips: http://www.philips.com http://www.philips.com.pl
Yamaha: http://www.yamaha.com  
Panasonic: Panasonic Polska

Muzyka w tej witrynie wykonywana przez jej autora.

Inne strony związane ze sprzętem audio

Audiosfera  Audiogalaxy
www.hifi.pl - przewodnik po świecie audio Total Audio Solutions
Sound 2000 http://www.unik.no/%7Erobert/hifi/

Strony związane z technologią minidisc

Inside the MiniDisc Minidisc Community Portal
MiniDiscussion MiniDisc Switzerland